środa, 27 lutego 2013

Spaghetti al pesto di pistacchi

Do wiosny jeszcze daleko, dlatego dziś wiosnę zaproś do swojej kuchni. Niniejszym prezentuję przepis na bardzo zielony, szybki, smaczny i zdrowy obiad. Spaghetti z pistacjowym pesto:


                                     Składniki:

- ok 100 g obranych pistacji (mogą być solone)
- ok 100 g zielonych oliwek
- 3-4 ząbki czosnku
- pół szklanki oliwy z oliwek (lub oleju z pestek winogron, jeżeli ktoś nie lubi intensywnego smaku oliwy)
- garść liści bazylii
- natka pietruszki
- kilka ziaren kolorowego pieprzu
- sól
- makaron spaghetti
- starty ser pecorino lub parmezan
- 1 mała mozarella




Przygotowanie: ok 30 min.

Obrane pistacje, pokrojony na mniejsze kawałki czosnek, oliwki, bazylię, natkę i czarny pieprz zmiksuj na drobne kawałeczki. Do powstałej masy dodaj oliwę, tak by utworzyć gęstszą konsystencję pesto. Zazwyczaj w tym miejscu, uciera się pecorino i dodaje do pesto, jednakże moja potrawa doskonale obyła się bez tego elementu (nie lubię serów o "bardzo intensywnym zapachu"). 


Do gotującej wody wrzuć makaron, posól- jeżeli używasz pistacji solonych, to dodaj mniej soli. Odcedzając makaron odlej pół szklanki wody. Wymieszaj spaghetti z pesto. Jeżeli nitki się "kleją" podlej potrawę wodę odcedzoną z makaronu i wymieszaj dokładnie.
Nałóż spaghetti na talerz i posyp startym parmezanem lub mozzarellą pokrojoną w drobną kosteczkę.


Buon apetito!


poniedziałek, 25 lutego 2013

Zima + Niedziela = Samobójstwo



W 2004 roku powstał spektakl "Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę" w reż. Piotra Belucha, w którym to dwójka bohaterów, Klara i Nikodem uczestniczą w wyścigu szczurów, pracują w agencji reklamowej po kilkanaście godzin dziennie, wszystko robią z zegarkiem w ręku, spotykają się na chwilę, przed snem, by rano znowu szybko biec do pracy i nagle budzą się w niedzielę, nie wiedząc co można robić razem w dniu wolnym od pracy. Dwójka trzydziestolatków wydaje się być uwięziona w korporacyjnej klatce, wszystko czego potrzebują do życia to praca, adrenalina i szczelnie wypełniony plan dnia. Kiedy brakuje tych elementów, niepostrzeżenie wkradają się smutek, przygnębienie, apatia czy wszechogarniający brak energii.

Kiedy za oknem panoszy się zima, jest szaro i ponuro, a na horyzoncie pojawiają się czarne chmury, człowieka nachodzą rożne nieciekawe myśli  Zimowa aura nie sprzyja zdobywaniu świata, stawianiu sobie nowych wyzwań, szczęściu i radości. Nie jest wtedy obce uczucie osamotnienia, pustki, beznadziejności, a brak energii i zmęczenie powoduje, że nawet wyjście z domu graniczy z cudem. Warto w takiej sytuacji oddzielić to, co nazywamy depresją od stanu przygnębienia, apatii spowodowanej porą roku (depresja sezonowa, w fachowej terminologii -sezonowe zaburzenie nastroju  SAD).

Zwykle objawy depresji nasilają się w zimie, kiedy dni stają się coraz krótsze, a nasilenie światła znacznie mniejsze. Niedobór słońca może powodować takie objawy jak wspomniane już wyżej: przygnębienie, apatię, brak energii, zmęczenie, bezsenność lub nadmierną senność, lęk, utratę pewności siebie, negatywne myślenie myśli, pesymizm, utratę apatytu, a nawet myśli samobójcze. Najwięcej samobójstw popełnianych jest w miesiącach zimowych, szczególnie nocą (wg statystyk policji).

Na wszelkie możliwe sposoby, należy się w tym okresie doświetlać!

Kiedy na zewnątrz panuje mróz, ale na chwilę pojawi się słońce, to wyjdź i przewietrz się, za każdą minutę na słońcu Twój organizm będzie Ci wdzięczny. Można też korzystać ze sztucznego światła np. żarówek energooszczędnych o ciepłej barwie. 

Nie tylko Mamom, ale wszystkim dobrze zrobi ruch, bo dzięki aktywności fizycznej zwiększa się ilość uwalnianej serotoniny, a ta z kolei wpływa doskonale na nasze samopoczucie. Warto w tym czasie zatroszczyć się także o dietę, zrezygnować z cukrów, alkoholu i produktów tłustych, mających negatywny wpływ na nasze ciało i ducha, a zainwestować w pokarmy bogate w białko i magnez.

Zadbaj też o relacje z innymi i kiedy dopada Cię depresyjny nastrój spotkaj się z przyjaciółmi. Z pewnością, gdy ponarzekacie na porę roku, zło tego świata i tysiąc innych rzeczy, znajdzie się jakiś przyjemny temat, który poprawi wam humor :)

A póki zima trwa w najlepsze, miejmy się wszyscy na baczności, kiedy po sobocie przychodzi niedziela.


niedziela, 24 lutego 2013

Poród przez cesarskie cięcie - krok po kroku

Jest mnóstwo poradników, stron i portali poświęconych ciąży, porodom i najczęściej  możemy znaleźć w nich informacje dotyczące przebiegu porodu siłami natury (SN). A jest przecież wiele kobiet, które od początku wiedzą, że poród naturalny nie będzie im pisany. Dlatego dziś, krótko, acz treściwie o przebiegu operacji: cesarskie cięcie (CC).


W przypadku cesarskiego cięcia łatwiej jest mówić o przebiegu, niż w sytuacji porodu naturalnego. CC to zabieg kontrolowany, wykonywany coraz częściej rutynowo, śmiertelność kobiet stale się zmniejsza (jest jednak co najmniej dwukrotnie większa, niż śmiertelność po porodzie siłami natury).

Przygotowania do cesarskiego cięcia należy zacząć na kilka dni przed zabiegiem np. wyprawka dla Mamy i dziecka, odpowiednia dieta. Zazwyczaj, na dzień przed planowanym zabiegiem, do godziny 18:00 powinno się spożywać lekkostrawne produkty, później do północy pić tylko wodę. Dokładnych informacji udzieli pielęgniarka, gdyż każdy szpital inaczej przestrzega pewnych norm żywieniowych. Zabieg odbywa się najczęściej rano i może trwać ok. 1 godziny, jeżeli nie ma żadnych powikłań. Dzień wcześniej pacjentka powinna ogolić podbrzusze, w miejscu, w którym będzie dokonywane cięcie. Możliwe, że po przybyciu do szpitala zostanie pobrana krew i mocz, gdyż lekarze chcą mieć najbardziej aktualne wyniki badań.

Bezpośrednio przed zabiegiem podłączona zostaje kroplówka, następnie pacjentka przewożona jest na blok operacyjny, gdzie położna zakłada cewnik do pęcherza moczowego.

Czas na znieczulenie. I tu mamy dwie możliwości:
  • znieczulenie zewnatrzoponowe, o którym pisałam tutaj
  • znieczulenie ogólne, czyli narkoza polegająca na pełnym uśpieniu, wykonywana najczęściej w nagłych sytuacjach
Pole operacyjne- miejsce na ciele, w którym będzie dokonywany zabieg, jest oddzielane od rodzącej parawanem, dezynfekowane i obłożone jałowymi kompresami. Lekarze nacinają skórę w dole brzucha, kolejne warstwy powłok brzusznych oraz macicę i wyciągają dziecko, trwa to zazwyczaj kilka minut. Coraz częściej personel pozwala matce na chwilę przytulić dziecko czy pocałować i zabiera je na badania. Maluch jest wtedy oceniany wg skali Apgar. Najdłuższym etapem operacji jest zszywanie warstw powłok brzusznych, może to potrwać do godziny czasu. Dziecko wędruje na oddział noworodkowy, a pacjentka na salę pooperacyjną, gdzie będzie mogła odpocząć i zregenerować siły. Po kilku, kilkunastu godzinach zostaje przewieziona na zwykłą salę na oddziale położniczym. Pielęgniarki podają kobiecie silne leki przeciwbólowe, zmieniają opatrunki i dbają o to, by pacjentka odpoczywała, bo wbrew pozorom, poród przez cesarskie cięcie, to również duży wysiłek dla organizmu.

Należy pamiętać o tym, aby po zabiegu cięcia pielęgnować ranę pooperacyjną. Jak to robić, jak często i jakimi środkami przeczytacie tu: pielęgnacja blizny po cc .

Częste dolegliwości po operacji to: bóle i zawroty głowy, nudności, drżenie ciała, uczucie zimna (trzeba wtedy koniecznie poprosić o dodatkowy koc), ból brzucha, uczucie swędzenia rany pooperacyjnej i ogólne osłabienie organizmu. 

Dzięki współczesnej medycynie, powikłania po porodzie przez cesarskie cięcie pojawiają się rzadko, a mama i dziecko szybko dochodzą do siebie i do domu wracają mniej więcej po 3-6 dniach. 

Dla zainteresowanych: połóg po cesarskim cięciu


http://www.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/porod/cesarskie-ciecie-krok-po-kroku_35956.html?page=


http://www.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/porod/cesarskie-ciecie-krok-po-kroku_35956.html?page=1&

wtorek, 19 lutego 2013

Przemijające zakochanie.

Związek składa się z kilku etapów, jednym z nich jest ZAKOCHANIE. Pierwsze miesiące związku to przeważnie odczuwanie intensywnych emocji, ekscytacja, euforia, jak również silna więź erotyczna. Większa jest też koncentracja na potrzebach partnera, niż własnych. Z czasem jednak, sytuacja ulega zmianie i (na szczęście) jest to naturalna kolej rzeczy. 

Młodzi stażem partnerzy, często żyją w iluzji szczęśliwej, niezmiennej relacji, wierzą, że zawsze będzie tak cudownie jak jest teraz, że etap zakochania nie przeminie. Kiedy pojawiają się pierwsze znaki ostrzegawcze, w związek wkrada się rozczarowanie drugą stroną, wzajemne pretensje, obwinianie np. "Kiedyś częściej mnie całowałeś, a teraz tylko, gdy wychodzisz z domu", "Dawniej lubiłaś jeździć ze mną na wycieczki rowerowe, a teraz mówisz, że Cię to nudzi". Niektórzy nie chcą kończyć tej przyjemnej podróży jaką jest etap zakochania, i zmieniają często partnerów, raniąc przy tym przede wszystkim siebie. Jest to droga donikąd, bo przecież "nowy" partnerzy też prędzej czy później będzie "stary", i żeby nie okazało się, że za X lat obudzimy się sami, nikogo nie będzie obok, bo nikt nie był doskonały.

Spadek namiętności w związku nie musi od razu oznaczać katastrofy i rychłego końca. Zakochanie, zmienia się w codzienną zażyłość i budowanie innego rodzaju bliskości. Partnerzy uczą się na nowo spędzać ze sobą czas, ale dając sobie przestrzeń na własny rozwój, odpoczynek i chwilę samotności. Wszystkie te elementy są ważne z punktu widzenia związku, bo spełniona i dobrana para to taka, która składa się z dwóch indywidualności, a nie zlewa w jedną całość. On musi mieć chwilę, żeby pojechać na narty, albo ponurkować, a ona żeby wyjść z przyjaciółkami. Nie mniej jednak dobrze, kiedy dwoje ludzi ma wspólne zainteresowania i potrafi spędzić ze sobą weekend bez atrakcji typu: chodźmy na imprezę, pójdźmy do kina, zjedzmy obiad ze znajomymi. Oczywiście nie ma nic złego w powyższych przykładach, ale żeby nie stały się one punktem głównym każdej wolnej, dłużej chwili, z prostej przyczyny, że się tak naprawdę nie znamy i nie mamy ze sobą wiele wspólnego. Mawia się, że przeciwieństwa się przyciągają, ale jeśli więcej nas dzieli niż łączy, to stworzenie trwałego związku będzie trudnym zadaniem.

Nie ma prostej recepty na udany związek, bo przecież gdyby była, to co 3 małżeństwo by się nie rozwodziło. Pamiętajmy, że nic nie jest nam dane na zawsze (partner także), trzeba dbać w związku nie tylko o intymność związaną ze sferą erotyczną, ale również o zaufanie i wspieranie drugiej osoby- to jest fundamentem dobrej relacji. Każdy ma też taki moment, kiedy chce pobyć sam, bez słów czy spojrzeń innych na sobie, chce spotkać się ze znajomymi, chce realizować swoje pasje i zainteresowania- co związane jest z samorozwojem i spełnieniem, dlatego tak ważne jest dawanie sobie przestrzeni. Związków idealnych nie ma, ale można przezwyciężyć różne ograniczenia i razem zbliżać się przynajmniej do tego ideału. Na zakończenie, zacytuję Zofię Milską-Wrzosińską:

"Pozwól partnerowi odchodzić na chwilę, aby nie odszedł na zawsze"



To jest jeden z ważniejszych składników przepisu na szczęśliwy związek.


czwartek, 14 lutego 2013

Valentine's Day

Bardzo krótka historia walentynek: 

Święto ma początek w pogańskim Rzymie, w połowie lutego bowiem ptaki zaczynały miłosne zaloty i łączyło się w pary. Uważane to było za przebudzenie się natury, zwiastujące nadejście wiosny. Rzymianie, aby uczcić ten fakt, wyznaczyli datę świętowania tzw. luperkaliów- obchodów ku czci boga płodności Faunusa Lupercusa. W przeddzień festynu zorganizowana była miłosna loteria: imiona dziewcząt zapisywane były na skrawkach papieru, po czym losowali je chłopcy. W ten sposób wyłoniły się pary na czas luperkaliów, a często i na całe życie.
Stałym elementem uroczystości było złożenie ofiary z kozła, po czym kapłani ubierali na biodra przepaski ze skóry zwierzęcej i rzemienie zwane "februa", i tak ubrani przebiegali przez miasto. Dotykali rzemieniami kobiety ciężarne, co miało im zapewnić szczęśliwy i pomyślny poród :)

Pod koniec IV w. luperkalia zostały zniesione na rzecz walentynek. Dzień św. Walentego stał się prawdziwym świętem zakochanych w średniowieczu. Zainteresowanie żywotami świętych i pielgrzymki do ich grobów przypomniały dzieje męczennika, Św. Walentego. Tradycja losowania imion została, teraz brały w nich udział również dziewczęta. Zaczęto obdarowywać się drobnymi upominkami takimi jak: dziurki od klucza i klucze (mające wyrażać prośbę "otwórz moje serce") czy drewniane łyżki z wyżłobionym sercem.  Później Panie obdarowywane były kwiatami, czułymi liścikami, kartkami, innymi prezentami, i tak do dzisiaj. 

Dziś Dzień św. Walentego staje się niestety konsumpcyjną machiną, pełną próżności, powierzchowności i zakłamania, napędzaną wykreowanymi przez media potrzebami. Dawniej to święto miało inny wydźwięk, dlatego życzę wszystkim, aby w tym całym walentynkowym bałaganie znaleźli chwilę, aby powiedzieć komuś jak bardzo go kochają, uwielbiają, szanują, wspierają, można też dodać, że zawsze będą to robić, no matter what. 

Najprostsze rozwiązania są często najlepsze.


środa, 13 lutego 2013

Szaro-różowo

W takie dni jak dziś (za oknem pada śnieg, na ulicach chlapa, jest szaro, mokro i zimno) człowiek, czyli ja, zaczyna myśleć dziwnie. Głównym tematem jest macierzyństwo i tysiąc obowiązków, które każda Matka, wykonuje każdego dnia w domu, dla swojej rodziny i dzieci. I już myśląc o tym, czuję się zmęczona... Jak to jest, że pomimo ogromnego zmęczenia, braku czasu dla siebie i chęci nadgonienia chociaż 3o minut w ciągu dnia, Mama bawi się z dzieckiem, uczy je, jest troskliwa, uśmiechnięta, radosna i spokojna (przynajmniej w teorii). Maluch jest na pierwszym miejscu, wszystkie jego potrzeby są zaspokojone, może wobec tego i potrzeby Mamy są zaspokojone?



Kiedy dziecko jest małe, Mama ma mnóstwo pracy do wykonania, i tą pracę określę jako "fizyczną": spacery, noszenie dziecka, kąpiel, zabawa, karmienie, ubieranie itd...  Dzieci mają jednak taką tendencję, że dorastają i wtedy problemy typu ząbkowanie, niechęć do gryzaka czy niepozwalanie na nakremowanie buzi stają się śmieszne. Kiedy na wiek dziecka zaczynają składać się dwie cyfry , robi się trudniej. Wtedy wchodzimy w etap pracy "intelektualnej", w której ból numer 3 byłby wręcz przyjemnością:


Z pracą intelektualną wiąże się ogromna odpowiedzialność za dziecko, do pewnego momentu, to my mówimy i decydujemy, co jest dla niego dobre, którą drogą powinien pójść, tak naprawdę sami nie mając pojęcia. I motorem tych przemyśleń jest właśnie lęk przed odpowiedzialnością, przed dokonaniem złego wyboru, przed pokierowaniem dziecka nieodpowiednią dla niego ścieżką. Czasy też mamy nie najłatwiejsze, trudno jest się wsłuchać w głos starszego dziecka w dobie laptopów, notebooków, iPadów, smartfonów itd... Może mniejszym złem w pewnych kwestiach jest po prostu podjęcie decyzji za naszego dziecko.