niedziela, 12 stycznia 2014

Toksyczna matka niejedno ma imię. Część I

Bicie, przemoc psychiczna, maltretowanie, krzyki, przezwiska, bezwzględne kary pasowałyby do definicji toksycznej matki. A rzeczywistość pokazuje jednak, że na to miano zasługują kobiety prezentujące "pozornie" normalne zachowania, ale bardzo szkodliwe dla dziecka.

W dwóch częściach zobrazuję różne oblicza toksycznych matek, dziś: nadopiekuńczość, poświęcanie się, domaganie się całkowitego oddania emocjonalnego i bierna służąca, ale zanim zaczniemy, mam dla Was dobrą i złą wiadomość:

DOBRA: czasami toksyczne zachowania występują okazjonalnie i nie zdążą zrobić prawdziwego spustoszenia, na każdym etapie życia można sobie pomóc. Dorosła ofiara toksycznej matki może zmienić swoje przekonania, zachowanie oraz złagodzić skutki wieloletniego trucia.

ZŁA: toksyczna matka powoduje, że dziecko nie może odnaleźć się w swoim dorosłym życiu, nie czuje się szczęśliwe, niczym nie umie się zadowolić, ma duże poczucie lęku, kłopoty z relacjami osobistymi i przejmuje toksyczność matki. Każda rodzina jest czymś naznaczona, na szczęście nie każda w sposób skrajny.

Nadopiekuńczość

 

Największa z możliwych toksyn. Nie pozwala dziecku dojrzeć, usamodzielnić się, odciąć pępowiny i cieszyć się życiem. Ogranicza i blokuje zdobywanie doświadczeń. Matka twierdzi, że to z miłości, tymczasem jest to przemoc z dorobioną ideologią.

Nadopiekuńczość to żadne matczyne kochanie, tylko chęć kontroli za wszelką cenę, poprzez rzekomą „dobroć”. Wyręcza, usprawiedliwia, „wie”, co dla jej dziecka najlepsze. Najchętniej zorganizowałaby mu cały świat i autonomię dziecka odbiera jako zagrożenie dla jej miłości. A dziecko się dusi – im większe, tym bardziej.

Przykład: Katarzyna jest aktywna zawodowo, ale większość jej energii pochłania zajmowanie się dzieckiem i „inwestowanie” w jego przyszłość. Pilnie i skrupulatnie odrabia z nim lekcje, czyta każdą lekturę – inne świadectwo niż z czerwonym paskiem nie wchodzi w grę; przygotowuje do różnych konkursów (recytatorskiego, tanecznego, tworzenia cudów na kiju) i angażuje wszystkich znajomych do internetowego głosowania na jej dziecko. Wozi na dodatkową naukę języków, zajęcia sportowe, castingi do reklam.

Dziecko jest wytresowane jak cyrkowa małpka: pięknie występuje, ogarnia pamięciowo każdy materiał. Matka puchnie z dumy i jest przekonana, że to wszystko robi dla dobra własnego dziecka. Nie zauważa, że dziecko nie ma czasu na zabawę, na nawiązanie pierwszych przyjaźni, na trenowanie relacji z rówieśnikami na innym gruncie niż szkoła. Nie widzi, że w pogoni za przyszłym „sukcesem” pozbawia swoje dziecko dzieciństwa. Nie słyszy – bo jej dziecko mówi to do szkolnych kolegów, a matki na szczęście nie mogą siedzieć z dzieckiem w jednej ławce – że jej dziecko chciałoby inaczej, ale nie chce robić przykrości mamie, więc jedzie na kolejny casting, bierze udział w kolejnym, wynalezionym przez mamę konkursie…

Córka Elwiry ma prawie czterdzieści lat, ale dla niej i tak jest dzieckiem – tak też o niej mówi. Dała jej całkowitą, bezwzględną akceptację, zawsze biorąc pod uwagę „dobro” swego dziecka, często kosztem własnego. Aktywna, z sukcesami zawodowymi, głośno powtarza, że całym jej światem i szczęściem jest jej dziecko. Męża traktuje jak zło konieczne, walcząc z nim o wszystko, zawsze znajdzie dziurę w całym. To, co ona uważa w sprawie ich córki, jest jedynie słuszne, a uwagi ojca traktuje jak czepianie się albo skrajny idiotyzm.

Nie przyszło jej do głowy, że jest toksyczna, także na odległość; że miłość rodzicielska to również uczenie życia poprzez dawanie przykładu (także traktowaniem własnego życiowego partnera) i stawianie granic. Żałuje, że jej dziecko nie chce z nią mieszkać. Elwira chciałaby chociaż móc przywozić córce kotlety. Zawsze, gdy ją odwiedza, zmywa naczynia (mimo protestów córki, która woli wstawić je do zmywarki) i zajmuje sobą całą przestrzeń jej małego mieszkania. Na każde skinienie jest – gdy "dziecko" chce, lub chowa się w kąt, gdy jej córka ma gorszy humor i źle ją potraktuje. Elwira czeka na najmniejszy przejaw serdeczności jak bezpańska psina na podrapanie za uchem i nie przyjmuje do wiadomości, że ma swój duży udział w braku kompetencji społecznych i ciągłym poczuciu beznadziei swojego ukochanego dziecka. Nie chce widzieć, że takie zalanie „miłością” to żadne kochanie, tylko zaspokajanie swojego egoizmu i zapełnianie swojego życia życiem dziecka.

Iwona uważa, że jej synuś jest wyjątkowy, tylko czasem nie ma szczęścia. Bierze jej samochód bez zgody? Widocznie potrzebował. A że ona nie miała jak dojechać do pracy – cóż, przecież jakoś sobie poradziła. Dziewczyny w dzisiejszych czasach są okropne – każda go zostawia. Bywa nerwowy i porywczy, nawet Iwonie kiedyś podbił oko, ale przecież generalnie jej synuś jest dobrym człowiekiem. Nie umie sprzątnąć po sobie, za to lubi dobrze zjeść – prawdziwy facet z niego. Gdy po pijanemu rozwalił samochód, była gotowa dać łapówkę całej Komendzie Stołecznej i sędziemu, aby tylko mu się upiekło. Porusza wszelkie znajomości, żeby znaleźć mu kolejną pracę (w żadnej nie wytrzymał dłużej niż trzy miesiące) i nie widzi, że jej znajomi wykorzystują kryzys jako usprawiedliwienie braku chęci polecania wyhodowanego przez nią pasożyta.

Poświęcanie się

 

To kolejna zmora. Zawsze podszyte poczuciem krzywdy i wpędzaniem w poczucie winy „niewdzięcznego” dziecka. Nikt nie potrzebuje i nie chce niczyjego poświęcenia, zwłaszcza własnej matki. Co innego świadomy wybór: rezygnuję z pracy, bo chcę pierwszy okres życia mojego dziecka tak właśnie spędzić. Zarzucanie dziecku, że dla niego matka zrezygnowała z „kariery”, że wszystko oddała w imię jego dobra – jest kłamliwą manipulacją. Za takim przejawem przemocy (a tak!) stoi zwykle jej neurotyzm i niespełnienie.
Obarczanie dziecka poczuciem winy za własne frustracje i nieumiejętność życia to wyraz niedojrzałości i zaburzonego funkcjonowania matki. Za tym zwykle stoi chęć kontroli i podporządkowania sobie wymykającego się dziecka. Szantaż emocjonalny („Ja dla ciebie to czy tamto, a ty pięknie mi się odwdzięczasz”) i roszczeniowość w imię rzekomych poświęceń uniemożliwia dziecku normalne życie, powodując złość, poczucie winy, poddanie się i głębokie zaburzenia nerwicowe.

Domaganie się całkowitego oddania emocjonalnego

 

Matka za wszelką cenę chce utrzymać pozycję najważniejszej osoby w życiu dziecka. Nie bierze pod uwagę tego, że naturalnym procesem jest zmiana i że jej rolą jest przygotowanie dziecka do dorosłego życia, bycia partnerem i rodzicem. Zamiast uczyć córkę szacunku do siebie samej, a syna, jak warto traktować kobiety, najchętniej ubezwłasnowolniłaby własne dziecko, by dało jej taką miłość, jakiej nie otrzymała od wybranego przez siebie partnera. Posunie się do udawania choroby i wzywania dziecka pięć razy w tygodniu w środku nocy lub przed ważnym towarzyskim wydarzeniem dziecka, w którym miała nie brać udziału, ataków wymówek albo „rezygnacji” („No tak, jedź sobie na ten weekend, a ja zostanę sama. Może umrę, to nie będziesz mieć więcej ze mną kłopotu…”).

 

Bierna służąca  

 

Uzależniona od mężczyzny lub od dziecka (co ciekawe, to rzadko idzie w parze!), sama o niczym nie decyduje. Toleruje każde zachowanie swojego partnera lub dziecka. Nie umie zadbać ani o siebie, ani o dziecko, bo jeśli daje się terroryzować jednemu lub drugiemu, to dbanie jest niemożliwe. Nie wie, jak ustalać zasady. Ba! Nie wie, jakie one powinny być! Nie ma mowy o jakiejkolwiek konsekwencji, bo nikt nie ma zwyczaju liczyć się ze służącą. Niedecyzyjna, bierna, nieszczęśliwa, wpędza w poczucie bezsensu niczemu niewinne dziecko.

W następnej notce będziecie mogli przeczytać o kolejnych "normalnych" zachowaniach toksycznych matek.

Opracowanie na podstawie:  „Toksyczni rodzice” Susan Forward

9 komentarzy :

  1. obyśmy takimi nie były :D Ja na razie jestem Mamą zakochaną w swoim Dziecku, walczącą z nadopiekuńczością :P Ale przynajmniej mam tego świadomość :) i walczę ze sobą, żeby pozwolić Małej upadać i uczyć się na błędach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, i to jest najważniejsze! Jak się ma świadomość, że takie zachowania są szkodliwe, to się ich unika, po prostu. To, że pozwalasz córeczce upadać i uczyć się na błędach, to jest prawdziwe działanie "dla dobra dziecka". Nadopiekuńczość sieje większe spustoszenie, niż nam się wydaje.

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Niestety zdarzają się takie mamusie. A ja tylko po cichu liczę, że taką to ja nie będę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że każda z nas ma takie marzenie. Ale jesteśmy na dobrej drodze, bo wiemy jakich zachowań unikać, żeby nie krzywdzić własnych dzieci. A to już połowa sukcesu :)

      Pozdrawiam ciepło :)

      Usuń
  3. Ja już sukces odniosłam, jestem na dobrej drodze, kocham i nie krzywdzę swojego malucha!
    Ale coraz częściej zdarzają się takie sytuacje :/
    Pozdrawiamy :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daria, czytając Twój blog można bez pudła stwierdzić, że jesteś super mamuśką! :) Pozdrawiam

      Usuń
  4. Bardzo ciekawe miejsce! Będę odwiedzać:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę i zapraszam :) Mam nadzieję, że teksty, które będą się pojawiać na blogu zaciekawią Cię :)

      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
  5. Witam i zapraszam do mnie - nominuję tego bloga do Liebster award :) szczegóły na blogu :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń