poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zakazane praktyki na sali porodowej.

Akcja "Rodzić po ludzku" nie bez powodu podawana jest jako przykład najbardziej skutecznych działań społecznych i medialnych ostatnich lat. Dokonano rzeczy, wydawałoby się niemożliwej. Kobiety zaczęto traktować z większym szacunkiem, a warunki w jakich rodzą zdecydowanie się poprawiły. Nie było łatwo to osiągnąć. "Troską" o medyczne bezpieczeństwo matki i dziecka usprawiedliwiano bowiem karygodne szpitalne obyczaje tj. konieczność chodzenia w zbyt krótkiej koszuli, rutynowe nacinanie krocza, wykonywanie zabiegów i badań ginekologicznych w skrajnie nieintymnych warunkach.



Trudno uwierzyć, że 15-20 lat temu codzienność na sali porodowej wyglądała tak: 

"Kobieta przez wiele godzin przywiązana do łóżka w pozycji na wznak, wcześniej obowiązkowo golenie, lewatywa. Lekarz, który wbrew woli kobiety naciska na jej brzuch, by przyspieszyć urodzenie dziecka, albo podaje lek przyspieszający akcję porodową, bo kończy się jego dyżur. Położna, która zabrania krzyczeć. Żadnego trzymania za rękę, żadnego ludzkiego słowa, całkowita obojętność osób przyjmujących poród, żadnej radości, gratulacji, podziękowania. Zaraz po przyjściu na świat, dziecko odebrane matce. Miotający się ojciec dziecka, który przez kilka dni nie może zobaczyć ani żony, ani dziecka."

Wiedza lekarzy dawała im przewagę nad rodzącą kobietą. Jej odczucia, intuicja, instynkt przestały się liczyć, zastąpiły je pomiary aparatury. W imię bezpieczeństwa rodzącej i dziecka, poród przestano traktować jako naturalny proces fizjologiczny, który jedynie w szczególnych przypadkach wymaga pomocy i interwencji. Narodziny były traktowane jak stan podwyższonego ryzyka, wymagający stałej kontroli lekarskiej, a od matki i noworodka oczekiwano podporządkowania się. Udręczone, zalęknione brakiem informacji kobiety oczekiwały, by jakimś sposobem "urodzić za nie". 

W latach 70. zaczęto zwracać uwagę na spadającą liczbę porodów, którą powiązano z lękiem przyszłych matek oraz warunkami panującymi na salach porodowych. Kobiety po prostu bały się rodzić. Pomału do oddziałów położniczych zaczęły docierać opinie, że należy pozwolić kobietom rodzić w intymnej, ciepłej i bezpiecznej atmosferze, doceniono rolę męża (jego wsparcie miało pozytywny wpływ na dobre rozwiązanie porodu), pojawiły się porody w wodzie, rozpoczęły się zmiany na lepsze. 

Fundacja "Rodzić po ludzku" była prekursorem zmian na oddziałach położniczo-ginekologicznych. Ale wciąż wiele jest do zrobienia. Kobietom odmawia się znieczuleń porodowych, nie egzekwuje się ich praw co do wyboru pozycji czy sposobu urodzenia dziecka, dlatego nie należy spoczywać na laurach. Warto oceniać placówki, w których kobiet rodziły. Pozycja w ogólnopolskim rankingu może być jakąś motywacją do dalszych zmian, a lepsza taka motywacja niż żadna. Na zmiany w świadomości ludzkiej trzeba chyba jeszcze trochę poczekać.

2 komentarze :

  1. Z wieloma nadal mamy do czynienia. Położna, która zabrania krzyczeć u nas norma. Fakt, nie dostałam opiep. bo krzyknęłam tylko raz przy ostatnim parciu. Koleżance lekarz w innym szpitalu wyciskał dziecko dosłownie kładąc się na brzuchu. Wiele zmieniło się na lepsze, szczególnie jeśli chodzi o sale, sprzęt, ale ludzie często pozostali sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne wciąż w szpitalach pracują położne i lekarze, którzy pamiętają piękne czasy, kiedy to personel szpitalny był "Panem" i mają problem z oddaniem statusu ważności. Na szczęście kobiety coraz częściej dochodzą swoich praw. Mam nadzieję, że prędzej niż później w każdym szpitalu przyszłe mamy będą mogły spokojnie, bezpiecznie, bez strachu i przede wszystkim godnie urodzić.

      Usuń