piątek, 9 października 2015

Karmienie piersią przez łzy.

O karmieniu wiele już na blogu mówiliśmy. Karmienie jest wspaniałą formą bliskości zarówno dla dziecka jak i dla mamy. Poza tym jest to pokarm stworzony specjalnie dla naszego dziecka, to wyjątkowa i unikalna mieszanka nie tylko wartości odżywczych, witamin i przeciwciał, ale również miłości. Ale karmienie nie zawsze jest łatwe, lekkie i przyjemne, często nie wygląda to tak kolorowo jak w reklamach czy gazetach, przynajmniej na początku drogi mlecznej. Dziś krótko opowiem Wam o początkach mojego karmienia. 


W szpitalu laktacja nie była łaskawa, bo mleko pojawiło się dopiero w 3 dobie. Kilka kropli udało mi się wycisnąć w 2 dobie przy pomocy laktatora (chwała Bogu, że go wzięłam ze sobą). Więc Leon niemal od razu dostał mieszankę szpitalną. Zwolennicy i propagatorzy karmienia piersią nie patrzą na te praktyki przychylnym okiem, ale z perspektywy czasu cieszę się, że położna podała małemu mleko. Dziecko w pierwszych dobach po urodzeniu zostaje porażone masą nowych bodźców - dźwięków, świateł, zmiennych temperatur, że stresowanie go dodatkowo karmieniem, a dokładniej tym, że nie może pobrać pokarmu byłoby koszmarem i dla niego i dla mnie. Dodatkowo po cesarskim cięciu trudno mi było dopasować się tak do dziecka, aby karmienie było wygodne (to dotyczyło pierwszej doby, bo w drugiej już chodziłam i byłam w miarę samodzielna). Niemniej jednak położne dbały o to, aby uruchomić produkcję mleka. Leon dostawał mieszankę, ale był dostawiany do piersi co 2-3 godziny. Nauczył się dobrze chwytać brodawkę i ssać. W końcu mleko popłynęło. I tu zaczęły się problemy. 

Piersi zrobiły się tak ogromne, że żaden biustonosz do karmienia kupiony w ciąży, nie był w stanie ich pomieścić. Dotyk bawełnianej bluzki był tak bolesny, jakby była zrobiona z papieru ściernego. Piersi stały się tak twarde i wrażliwe, że delikatne ściśnięcie bolało, jakby ktoś uderzał w nie kamieniem. Testowałam położne, czy w razie większego kryzysu dokarmią małego mieszanką, bo każde przystawienie Leona kończyło się płaczem. Moim płaczem. Ból był tak ogromny, jakby ktoś mi piersi miażdżył imadłem... W 4 dobie pojawił się nawał. I gdyby nie znakomite położne, chyba tu zakończyłaby się nasza przygoda z karmieniem. Panie pomagały przystawiać dziecko, robiły okłady na piersi i mówiły, że to normalne i minie tak szybko, jak się pojawiło. I wiecie co? Pomogło. Pierwsze sekundy karmienia wciąż były bolesne, ale później już karmiliśmy się "normalnie". Aż do momentu, kiedy sutki zaczęły krwawić... 

Tak, tak. Myślałam, że po prostu karmienie "zawsze" tak boli przy pierwszych pociągnięciach małego ssaka, ale dziś już wiem, że nie. Brodawki były zdewastowane, bo przecież nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku jak karmienie i zaczęły krwawić. Początkowo próbowałam więc karmić w kapturkach silikonowych, ale bolało jeszcze bardziej. Dlatego zaczęłam odciągać pokarm laktatorem. Było to o tyle kiepskie rozwiązanie, że mleko nie leciało jak woda z kranu, a kiedy mały zaczynał się wiercić i szukać piersi, nie byłam w stanie odciągnąć tyle pokarmu ile potrzebował. Oczywiście smarowałam piersi kremami na brodawki (Maltan i Mustela) - nic nie pomagało. Zostawiałam mleko do wyschnięcia i wietrzyłam sutki - niewiele pomogło, ale też nie zaszkodziło. Odciąganie pokarmu laktatorem i sporadyczne przystawianie Leośka do piersi spowodowało, że pojawiły się zastoje. W piersiach zrobiły się małe "guzy", możecie sobie wyobrazić moje przerażenie, kiedy je wyczułam pod palcami - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to normalne bo pewnie nie ściągnęłam laktatorem całego pokarmu. Wzięłam gorący prysznic i przystawiłam syna do piersi. Zeszło wszystko, guzy zniknęły. 

Dziś karmienie przebiega dobrze, a nawet bardzo dobrze. Po ponad 6 tygodniach laktacja działa bez zarzutu. Leon uwielbia czas spędzony przy piersi, a ja mam poczucie, że daje mu to co najlepsze, bo nie tylko mleko stworzone specjalnie dla niego, ale również niesamowitą bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy widzę jego wielkie oczy wpatrzone we mnie podczas karmienia, wiem, że było warto, kiedy widzę jego wyciągnięte w moją stronę rączki, wiem że było warto, kiedy widzę jak spokojnie śpi, wiem, że było warto, kiedy widzę delikatny uśmiech na jego ślicznej twarzy, wiem że każdy wysiłek i każda łza która płynęła po moim policzku podczas walki o karmienie była warta.

Karmimy się zawsze gdy Leon tego potrzebuje i wszędzie. Na ławkach w parku, w galeriach handlowych, w restauracjach, kawiarniach, przychodniach, bankach, samochodach, serwisach samochodowych i księgarniach Matras :) Karmienie piersią to piękna rzecz!

1 komentarz :

  1. Gratulacje! miło się czyta takie historie zakończone happyendem :)

    OdpowiedzUsuń