wtorek, 3 listopada 2015

Moje macierzyńskie kryzysy.

Dzisiejsza noc była zupełnie wyjątkowa. Właściwie, ten "wyjątkowy" czas zaczął się już wieczorem, ale wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że może się tak skończyć. Z godziny na godzinę żyłam nadzieją. Podejrzewam, że większość mam ma na swoim koncie nie jedną taką noc, ale może nie każda mówi o tym głośno. 

Godzina 20:00 

Leon wykąpany, zadowolony, zrelaksowany. Czas na wieczorne karmienie. Zaopatrzyłam się w kubek gorącej herbaty i dwa tosty z serem, ułożyłam Leośka na poduszce do karmienia i tak zaczęła się nasza przygoda. Po 30 minutach syn wyglądał na najedzonego, porzucił pierś i zasnął. Nawet nie doszłam z salonu do sypialni, a jego oczy były już szeroko otwarte i bynajmniej niegotowe do snu. Wróciliśmy więc do salonu, gdzie półmrok panował, ułożyliśmy się na sofie i karmiliśmy się dalej. Po kolejnych 30 minutach ta sama sytuacja, Leon przysypia, pierś z buzi wypadła, idziemy do sypialni. Odkładam go do łóżeczka. Udało się! Biorę piżamę i zmierzam do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic. 

Godzina 21:00 

Łazienka. Matka idzie się kąpać. Odkręca kran i zamyka drzwi kabiny prysznicowej. I nagle słyszy delikatne kwilenie. No dobra, może zaśnie, może musi się powiercić, żeby się ułożyć, w końcu dorośli też tak robią. No ale niestety, kwilenie jest coraz głośniejsze i zamienia się w regularny krzyk. Dobrze, że mąż był czujny, wziął maluszka, zanim ten rozbudził się na dobre. 

Godzina 21:10 

Wracamy do uspokajania i usypiania. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Leon znowu chciał pierś. No więc ją dostał. Karmiliśmy się do godz. 22. A raczej spaliśmy z piersią w buzi do 22...

Godzina 22:00

Leon śpi w swoim łóżeczku. Myślę sobie - w sumie to dobrze, dopiero skończyłam go karmić, pośpi do 2 w nocy i kolejne karmienie - trochę się wyśpię. Posprzątałam trochę kuchnię, odebrałam kilka maili, sprawdziłam Facebooka i poszłam spać. 

Godzina 23:00

Układam się, gramolę z kołdrą i pomału oddaję się w objęcia Morfeusza. 

Godzina 23:10 

Leon się wierci, odruch Moro jest u niego wciąż silny, więc często się wybudza. Delikatnie przytrzymuję mu rączki, żeby się nie uderzał po głowie, z nadzieją że zaraz smacznie zaśnie. Budowanie napięcia nie ma tu już sensu. Oczywiście nie zasypia, rozbudza się, śmieje, ma ochotę na zabawę. Myślę sobie - zwariował?! Zmieniam mu pieluszkę i biorę do naszego łóżka, może przy mnie zaśnie na dłużej. Po jakiejś chwili przysypia. Ja chyba też. 

Godzina 1 w nocy

Leon się wybudza i zaczyna płakać. Ja ledwo przytomna, nie zdążyłam nawet zasnąć, a już musiałam się obudzić. Biorę go na ręce już lekko poirytowana, no bo ileż można?! Przecież to dziecko potrzebuje regularnego snu a nie drzemek, o sobie nie wspominam nawet. Chwilkę spacerujemy po pokoju, aż się uspokoi i idziemy się karmić do łóżka. Po jakiś 20 minutach mały nie zasypia tylko grymasi, wierci się, macha rączkami i nóżkami. Siadam na łóżku i kołyszę go. Kiedy zasypia, odkładam do łóżeczka i sama też się kładę. Oczywiście znowu się wybudza, więc wracamy do kołysania. Nie chcecie wiedzieć jakie słowa mówiłam pod nosem. 

Godzina 2:30 w nocy

Przysnęłam z nim w pozycji siedzącej. Czuję jakby moja szyja złamała się na pół. Odkładam malucha do łóżeczka i odwiedzam jeszcze toaletę. Wracam, a Leon nie śpi. Pokwękuje i wierci się. Mąż słyszy krzątaninę i pyta czy zmienić małemu pieluchę. Myślę sobie -  niech przynajmniej jedno z nas się wyśpi, więc przewijam dziecię. Znowu nie chcecie wiedzieć co mówię pod nosem. Nie chcecie widzieć mojej miny, moich zaciśniętych ust, mojego zmarszczonego czoła. Dobrze, że Leon też ich nie widział, było ciemno, ale obawiam się, że mógł poczuć. Przecież ruchy były nerwowe, dotyk szybki, mama milcząca. Kładziemy się ponownie. Karmimy. Zapalam małą latarkę pod poduszką, żeby widzieć jego twarz. Je spokojnie, oczy ma lekko przymknięte, czuje się bezpiecznie, spokojnie. A ja, jak się czuję? Jak ostatnia.... nie powiem co. I kiedy maluch zjada mleko i lekko przysypia szepczę mu do ucha "Przepraszam, przepraszam Synku". Przepraszam, bo straciłam cierpliwość, przepraszam, bo nie zachowałam się tak jak powinnam, przepraszam, bo nie byłam wyrozumiała. Łzy popłynęły gęsto.

Chyba wybaczył, bo spaliśmy do 6:30. 

1 komentarz :

  1. Oj, jak ja to dobrze znam...Choć dziś moja córka ma 1,5 roczku i przesypia (z reguły ;) całe noce, to jeszcze nie tak dawno wiele miałam takich ciekawych nocy...I też czasem traciłam cierpliwość, bo nietrudno się ją traci przy totalnym niewyspaniu, wymęczeniu i poczuciu bezsilności...Ale ale - najważniejsze są przeprosiny i walka o to, by nie dać się swoim słabościom pokonać. Ja też często przepraszałam i przepraszam córkę jeśli czuję, że nawaliłam, więc łączę się z Tobą w walce o bycie coraz lepszą mamą :)

    OdpowiedzUsuń